+48 696 513 050, +48 694 650 192 office@rivigo.eu

Artykuł Darii Różańskiej (09.08.2019)

Link do artykułu na:Temat

– To konferencja była przedstawieniem. Wszystkie możliwe techniki wpływu społecznego i zarządzania wizerunkiem wydarzenia zostały wykorzystane. Począwszy od tego, jak rozłożone były siły: marszałek stał karnie ze złożonymi rękami przed chybotliwym mikrofonem, a Kaczyński był zasłonięty mównicą, co dodawało mu autorytetu i pewności siebie. Prezes PiS ani razu nie spojrzał na byłego już marszałka – analizuje Daria Domaradzka-Guzik, specjalista ds. mowy ciała.

W czwartek 8 lipca Marek Kuchciński podał się do dymisji. Oświadczył wprawdzie, że nie złamał prawa latając rządowymi samolotami z rodziną, ale rezygnuje z funkcji marszałka Sejmu, bo takie jest oczekiwanie opinii publicznej. Poźniej głos zabrał prezes PiS.

Jarosław Kaczyński powtórzył raz jeszcze, że Kuchciński nie złamał prawa. I zaakcentował: – Ale skoro państwo mają inne zdanie, to mogę powiedzieć, iż decyzja pana marszałka jest dowodem postawy, która jest związana z naszym hasłem: „słuchać Polaków, służyć Polsce”. Później przeszedł do ataku Donalda Tuska.

Daria Domaradzka-Guzik, ekspert ds. mowy ciała, analizuje zachowanie Marka Kuchcińskiego i Jarosława Kaczyńskiego.

„Widać, że Kuchciński działał pod przymusem, a Kaczyński 'przystawił mu pistolet do głowy'” – tak jeden z internautów skomentował czwartkową konferencję prasową, podczas której marszałek Sejmu podał się do dymisji. Zgodzi się pani?

Daria Domaradzka-Guzik: – Podczas pozornie nudnej i bezemocjonalnej konferencji naprawdę wiele się działo. Warto jednak zacząć od tego, że pan Kuchciński jest osobą, która nie posiada żadnych kompetencji w zakresie wystąpień publicznych.

Ale i nawet się nie stara. Wychodzi i beznamiętnie odczytuje z kartki.

To prawda. Trochę słabe jest to, że dotychczas druga osoba w państwie nie przykładała wagi do wystąpień publicznych. To, że Kuchciński tych kompetencji nie posiada, determinuje fakt jego występowania. To mieliśmy okazję zobaczyć podczas dwóch ostatnich konferencji.

Czytanie z kartki jest sposobem na poradzenie sobie z brakiem umiejętności wystąpień publicznych. Jeżeli ktoś dokonuje regularnego odczytu, to pozostawia sobie mało miejsca na prawdziwe emocje.

Niemniej, wtedy gdy Kuchciński zwracał się do dziennikarzy i mówił: „Ponieważ opinia publiczna źle oceniła moje postępowanie”, zauważalna była próba złapania kontaktu wzrokowego. Podniósł głowę znad kartki, spojrzał na rozmówców a jego nozdrza się rozszerzyły. A to jest mikroekspresja złości.

Marszałek starał się trzymać nerwy na wodzy. Po wystąpieniu stanął z boku i skrzyżował ręce.

Pan Kuchciński zmienił się w swojej postawie w karnego chłopczyka, spuścił głowę, złożył ręce. Porównałabym zachowanie pana marszałka do zachowania dziecka, które popełniło jakąś krzywdę i ma poczucie, że zrobiło źle.

To, że marszałek Kuchciński przyjął taką rolę wobec osoby, która podejmowała decyzję w jego sprawie, tylko utwierdza nas w przekonaniu, że był bezwolny w działaniu. Jego wystąpienie oraz to, co się z nim później działo, pokazało, że on był kompletnie pogubiony.

Kaczyński stał przed mównicą, choć przemawiał z pamięci, Kuchciński przed mikrofonem, choć czytał z kartki. O czym to świadczy?

To są atrybuty, które albo dodają nam autorytetu, powagi i profesjonalizmu, albo je odbierają.

Po lewej stronie sceny stał pan Fogiel, po prawej prezes Kaczyński, a w środku zmizerniały w postawie marszałek. Mogliśmy odnieść wrażenie, że jest on w klinczu, bo został ustawiony pomiędzy dwoma dużymi siłami, które pozornie komunikują, że marszałek nic złego nie zrobił.

Pozornie, bo niewerbalnie widzimy, że nikt nie bierze strony marszałka?

Tak, nikt nie wyciągał podczas tej konferencji ręki do marszałka. Przecież pan Kaczyński ani razu nie spojrzał w stronę pana Kuchcińskiego. Nie okrasił go łaskawym spojrzeniem ani wtedy, gdy mówił, że marszałek nie złamał prawa, ani gdy przekonywał, że inni byli gorsi.

Na zdjęciach z konferencji na twarzy prezesa Kaczyńskiego widać wymalowaną złość. Co pani zauważyła w jego zachowaniu?

Wczoraj sprawni obserwatorzy najzwyczajniej w świecie mogli zobaczyć wściekłego prezesa Kaczyńskiego. Podzieliłabym jego wystąpienie na trzy części: wtedy gdy prezes PiS słuchał marszałka, kiedy mówił sam i ostatni fragment, czyli gdy rozpoczął wątek Donalda Tuska.

Prezes PiS podczas konferencji prasowej, na której Marek Kuchciński, marszałek Sejmu, podaje się do dymisji.

Prezes PiS podczas konferencji prasowej, na której Marek Kuchciński, marszałek Sejmu, podaje się do dymisji.Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

 

Gdy przemawiał pan Kuchciński, pan Kaczyński ani razu nie zwrócił się w jego stronę. Zerkał w dół, sporadycznie patrzył na reakcję ludzi. Widać było, że wtórne znaczenie ma dla niego to, co mówi Kuchciński, bo i tak prezes PiS wie, co dalej nastąpi.

Wszystko zmieniło się, kiedy prezes zaczął przemawiać. Na początku ważył słowa, mówił powoli, robił pauzy, unikał kontaktu wzrokowego, pojawiał się ciężki oddech, sapanie. Można wnioskować, że miał pewien dyskomfort związany z tym, że w ogóle musi w tej sprawie zabierać głos.

Natomiast, kiedy kierował do opinii publicznej słowa: „Ale skoro państwo najwyraźniej mają inne zdanie”, nastąpiły u niego pozawerbalne, mikroekspresyjne reakcje. To znaczy uniósł brwi, zacisnął usta, przymknął powieki, co w mojej ocenie mogło wskazywać na to, że poddał to w wątpliwość.

Później zwrócił się do środowiska dziennikarskiego i mówił o zasadzie obiektywizmu. I tam pojawił się lekki ironiczny uśmiech. Można się zastanawiać, czy poddawał w wątpliwość obiektywizm dziennikarzy, którzy nagłośnili sprawę lotów marszałka.

Później prezes PiS zaczął mówić o Tusku.

No właśnie, wtedy energia wystąpienia się zmieniła. Prezes PiS mówił znacznie szybciej, zaczął zmieniać natężenie głosu, utrzymywał kontakt wzrokowy ze słuchaczami, po raz pierwszy włączył gestykulację rąk, co robi niezwykle rzadko. Zatem widać, że jest to obszar, który szczególnie go porusza.

Pod koniec konferencji zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel teatralnym ruchem rozłożył długą listę kartek, które miały zilustrować wszystkie loty Donalda Tuska jako premiera. Co to miało wywołać u widzów?

To tylko potwierdza, że mieliśmy do czynienia z mistrzowską próbą manipulacji odbiorcą. Miejmy świadomość, że to, co widzimy podczas takich konferencji jest wyreżyserowane: rozłożono pozycje, zarządzano atrybutami. To, co na koniec zrobił pan Fogiel – moim zdaniem – woła o pomstę do nieba.

Miejmy świadomość, że są sytuacje, w których należy zachować się w zgodzie z kontekstem. A ten był poważny: rezygnuje z funkcji druga osoba w państwie, w tle mamy afery, kłamstwa, oszustwa w kancelarii.

 

Jesteśmy w przeddzień kampanii, a partia rządząca ma kłopoty… Tymczasem pan rzecznik wychodzi niczym wodzirej z mikrofonem, wita, żegna i dziękuje, a na koniec rozrzuca kartki, robiąc z tego show.

Poważną sprawę potraktowano niepoważnie, chcąc poruszyć emocje ludzi, wpłynąć na odbiór, chcąc pokazać, że poprzednicy „robili gorzej”. Smutne jest tylko to, że każde przedstawienie ma swojego reżysera, próbę generalną, a zatem rozumiem, że było to przedyskutowane i zyskało akceptację osób, które brały w nim udział.

To tylko utwierdza nas w przekonaniu, że osoby występujące podczas konferencji nie potraktowały jej tematu poważnie, a jedynie uczestniczyły w wydarzeniu zrobionym pod publiczkę. I to smuci najbardziej.

Zapytam jeszcze o zakończenie tego krótkiego spektaklu. Jego uczestnicy rozeszli się w różne strony, choć pan Kuchciński mocno błądził, a dziennikarze nie mieli szansy na zadanie żadnego pytania.

Fakt, że panowie poszli w innym kierunku, pokazał tylko, że symbolicznie rozchodzą się w przeciwne strony.

Ekipa rządząca przyzwyczaiła nas do tego, że bardzo często jednostronne oświadczenia, są błędnie nazywane konferencjami prasowymi. To jest absolutnie naganne.

Uciekamy i bierzemy nogi za pas, gdy się boimy. Jeżeli nie mam sobie nic do zarzucenia, nic do ukrycia, to nie mam kłopotu z tym, żeby wystawić się na pytania dziennikarzy, bo wiem, że na każde odpowiem.

Natomiast jeżeli jest inaczej, to wtedy uciekamy, bo nie chcemy się konfrontować. Poza tym, gdyby odpowiadali na pytania dziennikarzy, to musieliby grać do jednej bramki.

A przynajmniej na razie nie grają w jednej drużynie.

Tak, przynajmniej na razie nie są jedną drużyną.